http://www.tvn24.pl/-1,1500720,wiadomosc.html
Przez 12 godzin żadna ze służb nie chciała wyłowić trupa mężczyzny, który
dryfował po Bałtyku. Wysłany w końcu statek zwłok już nie znalazł.
Według morskiej administracji, taka sytuacja to efekt luki w prawie, które
nie mówi, kto powinien zajmować się wyławianiem zwłok z morza.
Do zdarzenia doszło w ubiegły piątek. Przez kilka godzin policja, kapitanaty
portów w Kołobrzegu i Darłowie, Brzegowa Stacja Ratownicza w Kołobrzegu i
Urząd Morski w Słupsku poświęciły na ustalenie, kto powinien zająć się
wyłowieniem zwłok.
W rezultacie wysłany z Darłowa prywatny statek dryfującego ciała już nie
znalazł. Do dziś nie wiadomo, kim był topielec, ani w jaki sposób zginął.
Na dryfujące ok. 7,5 mili morskiej od brzegu ciało niezidentyfikowanego
mężczyzny w czarnych spodniach i białej koszuli natknął się w piątek rano
Dariusz Włodyka - rybak z Chłopów.
- Zapytałem przez radio kapitanat portu w Kołobrzegu, co mam robić.
Kapitanat kazał mi oznaczyć miejsce znalezienia zwłok boją i pozwolił płynąć
dalej. Chciałem poczekać na miejscu na przybycie specjalistycznej jednostki,
ale usłyszałem, że nie jest to konieczne - zrelacjonował zdarzenie Włodyka.
Potem służby morskie przerzucały się kompetencjami lub ustalały, że
jednostki, które mogłyby się podjąć wyłowienia zwłok są niekompletne, bądź
uszkodzone.
- Nasze prawo nie przewiduje takich przypadków - powiedziała Mirosława
Więckowska, rzeczniczka Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa z
centralą w Gdyni.
--
Pozdrawiam
Jarek